Podsumowanie sezonu 2011

Łukasz “Boczo” Tomanek

www.scigacz.pl

Dobry sezon? Nie, ten sezon był genialny. Oczywiście słowo „genialny” wypowiedziane przez dziennikarza motoryzacyjnego oznacza, że nie miał on czasu dosłownie na nic, spał w różnych dziwnych miejscach, w jego żyłach płynął Red Bull i jadł w czasie jazdy motocyklem (tak, sprawdzałem).

Zaczęło się w kwietniu, podczas jednej z setek tras z południa do Wawy. To była prawdopodobnie najbardziej nieprzyjemna, okrutna, przerażająca i paskudna podróż motocyklem w moim życiu. Temperatura w krytycznym momencie wynosiła 2 stopnie Celsjusza, padał deszcz, a wiar, który wtedy wiał spotyka się zazwyczaj na szczycie Rys. Po raz pierwszy w życiu miałem problemy z utrzymaniem ćwierćtonowego motocykla w prostej linii. Później było jeszcze gorzej z powodu, jak zapewne wszyscy pamiętają, majowych opadów śniegu. Jestem najpunktualniejszym człowiekiem na świecie, a każdy ewentualny problem w dotrzymaniu terminu jest dla mnie jak tortura, więc możecie sobie wyobrazić, jak wspaniale było, kiedy w garażu miałem testówkę, zwrot za 2 dni, a za oknem 10 cm śniegu i -4 stopnie.

Później było już lepiej, pogoda się poprawiła, a ja zostałem bezczelnie wsyśnięty w świat dużego GS’a. Już nawet nie będę nic o nim pisał, bo antyfani znów będą skandować mi pod domem z podobizną mojej głowy nabitą na bosak. Do GSa wrócimy w sierpniu, ale o tym za chwilę. Pod koniec maja miałem okazje przekonać się, jak makabrycznie brutalny dla kierowcy w trasie potrafi być Harley-Davidson. Niestety nie dostałem Elektry ani nawet Road Kinga, ale Street Boba. Tak, tego z końskim siodłem, przeznaczonego do lansu pod knajpą. Uwielbiam jeździć motocyklem i mogę robić to godzinami, wręcz dniami, ale wtedy zwyczajnie chciałem aby ten bolesny spektakl się skończył. Tydzień później rozpoczął się cykl imprez motocyklowych na stacjach BP, dlatego też wydelegowałem się do Krakowa. Też Harleyem, ale tym razem V-Rodem Muscle. Oooo tak. Zdecydowanie lepiej. Nie mówcie nikomu, ale wolał bym tego żylastego Harusa niż V-Maxa. Po pierwsze dlatego, że nie pali 80 litrów na setkę, nie pali sprzęgła po każdym ruszeniu spod świateł, moim zdaniem wygląda lepiej, brzmi lepiej, a jeśli ktoś mówi, że przyspiesza kiepsko, to jest wariatem. Nie mam pojęcia, dlaczego ludzie tak niepochlebnie wyrażają się na temat krajowej 94-ki. Bardzo fajna trasa, która wije się przez przeróżne krajobrazy i miejsca. Kolejny tydzień później Motocyklowa Niedziela BP zawitała do Wrocławia. Uwielbiam Wrocław i uważam, że to najlepsza i najpiękniejsza z Polskich metropolii. Niestety, wtedy jechałem tam A4 – najnudniejszą drogą znaną rasie ludzkiej. A żeby było jeszcze gorzej – jechałem tam najnudniejszym motocyklem znanym rasie ludzkiej, XJ6 Diversion F. Mój Boże. Jeśli Jane Austin byłaby motocyklem, to właśnie tym. Jazda tym sprzętem, przez trzy godziny, po prostej drodze jest wstanie uśpić. W sierpniu po raz kolejny dorwałem się GS, tym razem w wersji Adventure. Jestem dość pokaźną konsystencją człowieka, ale przy tym kolosie czułem się jak Timon przy Pumbie. Wracając ze Stolicy do domu złapała mnie najbardziej przerażająca burza w moim życiu. Krajowa 8-mka w tym sezonie była bagnetem posypanym solą i zatopionym w szyjach wszystkich zmotoryzowanych. Wiele kilometrów niczego poza robotami drogowymi i smutnymi obibokami, którzy maxują skilla w Makao w swoich budach. Koszmar. I korek. A w środku niego ja, przemoczony do cna, z tytanowymi śrubami w udzie, na motocyklu wielkości Royal Albert Hall, którym, no cóż, nie można przeciskać się w korkach. Kilka dni później pogoda się poprawiła, nastały upały, więc zabrałem Butterbeana w góry zobaczyć jak fruwa po zakrętach. Przełęcz Salmopolska idealnie się do tego nadawała. Jest tam strasznie wąsko i ekscytująco, ale ESA II w trybie sport pozwala mi przytrzeć kufry na winklach. To był udany dzień.

Mniej więcej w połowie sierpnia zorganizowaliśmy dla Ścigacz.pl porównanie nowego i starego V-Maxa. Co oznaczało, że nowego musiałem przywieźć z Warszawy na Śląsk. W deszczu. Dobra, polerowani prezesi, którzy mają V-Maxa, mówią, że jest super i w ogóle. Pewno, ale nie jeżdżą nimi w temperaturze niższej niż 25 stopni i błękitnym niebie. Kiedy leje i jest 10 stopni, z V-Maxem jest trochę gorzej. Czemu nie daliście mu kontroli trakcji?! Każdy, nawet najmniejszy ruch manetki, który będą w stanie zauważyć jedynie mikrobiolodzy, powoduje tanieć kupra. Co więcej, V-Max w momencie, kiedy stoi w garażu pali jakieś 8 litrów na setkę. Kiedy nie stoi, pali 24 litry na setkę. No dobra, przemieszcza śledzionę w miejsce, gdzie Pan Bóg zaplanował krtań, a małe dzieci się go boją, ale co z tego?

Późnym wrześniem porównywaliśmy F800GS z 20 letnią Super Tenere 750, aby udowodnić, że rozklekotany endurak potrafi to samo, co koń pachnący salonem. I udowodniliśmy. Ale fakt faktem, zawieszenie w Beemie jest po prostu słodkie. Przyłapywałem się na przejeżdżaniu ledwo utwardzonych dróg, z koleinami wielkości skoczni narciarskiej z prędkościami rzędu 180 km/h (dodam, że drogi te były umiejscowione pod Berlinem) i jestem pewien, że w tym samym czasie mógłbym na zbiorniku paliwa przeprowadzać operację oka.

Podczas gdy wszyscy w białych kombinezonach jadą do Poznania, my wybraliśmy się na nieco mniejszy obiekt – tor Wyrazów (na blogu jest obszerna relacja). W przypływie geniuszu wpadłem na pomysł, jakby to było pojeździć 260 kilogramowym motocyklem najstraszniejszej nawierzchni torowej w Polsce. Supermociak albo jakaś 125tka owszem, ale Duży Bandzior?

Najlepszy motocykl tego sezonu? Oczywiście, BMW K1600GT. Tak, wiem, zapłacili mi za napisanie tego, jestem nierzetelnym błaznem i tak naprawdę to ja wydałem książkę Kingi Rusin. Beema to coś jakby trochę z innej planety. Wyprzedza wszystko co obecnie jest na rynku, wszystkie jej elementy współgrają w jedwabnej harmonii, przyspiesza tak, że aż trudno w to uwierzyć i ma radio, które gra lepiej jak cały Media Markt.

Podsumowując, z pewnego punktu widzenia ten sezon był wspaniały. Nie pojechałem co prawda polatać po zakrętach w południowej Francji ani nie dostałem zawału serca omijając łosia w Szwecji, ale przytarłem kufry w GSie, jadłem hot doga w czasie jazdy na tempomacie, prawie rozbiłem małżeństwo Street Bobem i wracałem wieczorem autostradą do domu z „Kickstart my heart” płynącym z głośników. Tak, to był udany sezon.

Qwest? Szczerze mówiąc, zaskoczył mnie. Nie sądziłem, że integrala da się używać w turystyce, a jednak się da. Jest na tyle lekki, że czerep po wielogodzinnej jeździe nie chce odpaść i na tyle fajny, że nie ma wstydu kiedy przywdziewasz go do jakiegoś gangsterskiego cruisera. Jest na tyle cichy, że wiatr nie doprowadza cię do szału, ale przepuszcza do uszu najlepszą muzykę głośnych, akcesoryjnych wydechów i ma świetną wentylację. Krótko mówiąc, warto go kupić. Koniecznie w czarnym macie, bo wygląda kozacko!

   

   

   

   

   

   

   

   

   

   

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Sezonu słodkie dogorywanie

Łukasz “Boczo” Tomanek, www.scigacz.pl

Co za rewelacyjny weekend! Niestety, jestem już starym pierdzielem, który mięknie przy z roku na rok niższej temperaturze. Ale w sobotę i niedzielę stwórca postarał się, aby nam, motocyklistom wkleić bananowy uśmiech na nasze zszargane wiatrem i muchami twarze. To musi być dość smutne. Wszyscy ci malkontenci w popielatych swetrach nie mogą od początku października narzekać na ogólną nędzę, sromotną, depresyjną aurę i drogie lekarstwa, bo jesień w tym roku pojechała na pełnym ogniu.

Jest bardzo niewiele rzeczy, o których mogę napisać na stronie internetowej bez ograniczenia wiekowego, a które są równie satysfakcjonujące jak jazda motocyklem w jesiennym, kalejdoskopowym lesie. Te wszystkie mieniące się barwy, skąpane w oślepiającym słońcu drzewa i lasy o wiele bardziej przejrzyste, odsłaniające nieznane latem widoki. Boże, zaczynam brzmieć jak Eliza Orzeszkowa. Ona jednak z całą pewnością nie jeździła po lasach, kręcąc 90-stopniowe V2 do czerwonego pola. Jestem strasznym fetyszystą jeśli chodzi o jazdę motocyklem i czerpanie z tego radości. Jadąc krętą drogą, w kolorowym, listopadowym lesie, z Vivaldim w słuchawkach (tak, słucham Vivaldiego, taki jestem nie-mainstreamowy), który symbiozuje z radosnym gulgotem silnika można osiągnąć coś, co naukowcy nazywają euforią i coś, co ratownicy medyczni nazywają wypadkiem. A z całą pewnością nie chciałbym dokonać żywota wbity w świerk albo sarnę.

Kiedy tak siedzę przed laptopem w ciepłym domu, w wygodnym fotelu z Ikei i przeglądam cyfry w prognozach pogody, uśmiech z mej facjaty zmywa się niczem ten tłuszcz z patelni w reklamie. Chciałem z tego miejsca podziękować ludziom z Oxford, którzy zrobili moje podgrzewane manetki. Są rewelacyjne. Chciałem też podziękować ludziom z Shoei, którzy stworzyli mojego Qwesta, który mimo świetnego uszczelnienia i wytłumienia wpuszcza do bębenków usznych tyle dźwięków silnika, aby uczynić mnie szczęśliwym. Właśnie przypomniało mi się, że chciałem także podziękować firmie Devil. Wkrótce podsumowanie mojej rocznej przygody z Qwestem.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Motocyklem po Polsce – strach i zgrzytanie tłoków

Łukasz “Boczo” Tomanek, www.scigacz.pl

To był dobry sezon. Co prawda zaczęło się od śniegu w maju ale ostatecznie dwukołowe miesiące spędziłem intensywnie, bardzo intensywnie. Co oznacza, że dobrze. Niedługo będę skulony w mojej pościeli z wyszytymi korbowodami przeglądał w przytulaśnym ciepeku na komórce zdjęcia z całego sezonu zrobione na niezliczonej ilości stacji benzynowych przy niezliczonych ilościach papierowych kubków z kawą. Człowiek patrzy na takie fotografie jak na trofea. Monumentalna burza, przez którą GS Adventure parł jakby mżyło, rekordowo nieprzepisowy przelot K1600GT przez A4 do Wrocławia, wizyta w Spa po siedmiogodzinnej jeździe HD Street Bobem, poddanie swoich zwieraczy testowi szczelności na torze w Wyrazowie, jedzenie hotdoga w czasie jazdy z włączonym tempomatem, powrót z Warszawy V-Maxem w ulewie. To wszystko wspomnienia, do których będę wracał bardzo często. Szkaradny cień rzuca na nie jednak jeden prawdziwie paskudny fakt. Po tych wszystkich kilometrach wysnułem teorię, że Polacy do przepisów ruchu drogowego mają bardzo dziwne podejście. I wcale nie takie, jak myślicie.

 

 

Jestem z południa, więc moja pierwsza wizyta w stolicy była szokiem. Ostrzegali. Mówili, że to taki środkowoeuropejski Wietnam. Mieli rację. Po latach stwierdzam, że jeśli chodzi o ruch miejski, po Warszawie jeździ mi się najlepiej. Rzecz polega na tym, że idąc w piątek wieczorem do pubu z dwoma stówami w kieszeni, spodziewasz się, że wrócisz do domu pijany i dlatego już przed wyjściem usuwasz z przedpokoju wszystko o co można się potknąć i stawiasz butelkę wody przy kanapie. Z Warszawą jest dokładnie tak samo. Wiesz, że ruch drogowy będzie tam mieszanką agresji, testosteronu i klaksonów i jesteś na to przygotowany. Wszyscy myślą dokładnie tak samo, więc panuje ogólna symbioza, nawet jeśli znaki drogowe mają tam takie same znaczenie jak Indie w curlingu. Zgoda, „byle przeżyć” jest raczej nadzieją niż oczekiwaniem, ale to wszystko działa.

 

 

Wbrew pozorom, najbardziej niebezpieczni są ludzie, którzy fanatycznie przepisów przestrzegają, lub, uchowaj Panie, są uprzejmi na drodze. Nie ma nic gorszego od przygłupa, który po drodze w lesie z ograniczeniem 80 km/h jedzie 48 km/h. Naprawdę, jeśli kiedyś znajdę się w jednej celi z kimś o pseudonimie Anakonda to właśnie dzięki temu, że zsiądę z motocykla i przypomnę sobie dlaczego film „Sędzia Dredd” tak mnie podniecił.  Wracałem ostatnio ze Złotego Potoku. To czarująca miejscowość ze wspaniałą, krętą drogą między drzewami i pagórkami. Wracając do domu, zrobił się korek. Na środku pola! Ten komediodramat trwał 20 minut, aż w końcu udało mi się wyprzedzić prowodyra całego bałaganu. To był dziadek w Tico, który jechał 40 km/h, z nosem przy szybie. Nie widziałem jeszcze dobrego kierowcy Tico. Tych odrażających, w przeważającej części zielonych lub srebrnych pudełek upodlenia komunikacyjnego jeździ po kraju multum. I kierowcy ani jednego z nich nie mogę określić mianem dobrego i bezpiecznego. Kiedyś pod Poznaniem miałem okazję się przekonać jak nazistowskie poglądy kierują operatorami tych jezdnych graniastosłupów. Droga między polami z ograniczeniem 70 km/h. I takiej prędkości się też trzymam. Jadę za Tico, które nagle hamuje, aż staje się stacjonarne. Co jest grane? Ktoś w środku zaczyna rodzić? Ktoś ma zawał? Ktoś wygrał pieniądze w RMF? Nie, dama w Tico po prostu zdecydowała się wpuścić do ruchu inny samochód stojący na wylocie drogi podporządkowanej. Za Tico i za mną pusto. Ani jednego pojazdu. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale kariera Hitlera też w głównej mierze opierała się na narzucaniu wszystkim swojej woli, prawda?

 

 

Jazda autostradami jest na samym dnie hierarchii rzeczy, które lubię. Nie ma nic gorszego niż monotonne przeloty bez jakichkolwiek oznak ekscytacji. Czy aby na pewno? Na Polskich autostradach, ekspresówkach i drogach szybkiego ruchu przepisy nie obowiązują. Zasady są wtedy zupełnie inne, a ustala je ten z najmocniejszym pojazdem. Niezależnie od tego, czy właśnie jedziesz doładowaną Hayabusą. Zawsze znajdzie się ktoś w Insignii jedzący kebaba i rozmawiający ze swoją kochanką przez iPhona. Zawsze. Niestety, i przyznaję to z pewną dozą odrazy i wstydu, często padam ofiarą prowokacji i wdaję się w coś, co można nazwać ściganiem się. Co nie zmienia faktu, że świadomość wściekłych przedstawicieli handlowych czy nowobogackich synów w Nissanach GT-R powoduje bardzo niebezpieczną egzystencję na drogach szybkiego ruchu. Zamiast patrzeć przez ciebie, cały czas spoglądasz w lusterka czy na ogonie nie siedzi ci jakiś furiat mrugający długimi.

 

 

Nie wiem, czy wiecie, ale najbardziej niebezpiecznymi pojazdami na drodze są L-ki. Nie mam nic przeciwko L-kom. Sam w niej i na niej kiedyś siedziałem i wiem, że jeśli przekroczysz prędkość – oblejesz. Problem w tym, że wielu z instruktorów (tu też jasne stwierdzenie, że to godni szacunku za swoją cierpliwość ludzie) to głąby esemesujące w czasie jazdy i mające gdzieś, co kursant robi z samochodem. I dlatego też mamy drodze Yarisy z „L” turlające się 25 km/h w terenie zabudowanym bez żadnego sensownego powodu, które wykonują manewr skrętu przez siedem godzin, podczas gdy instruktor mówi tylko „tak, bardzo dobrze, tak, ładnie, ładnie, proszę nieco mniej agresywnie zmieniać biegi”.  Temperatura powoli uniemożliwia jazdę motocyklem. A może to i lepiej? Kiedy moje Suzuki będzie stało spokojnie w garażu a ja będę w kapciach gnuśniał na fotelu szansa na wjechanie w Tico albo skręcającą czternaście miesięcy L-kę jest raczej nikła.

 

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Tor wyścigowy Wyrazów – widowmaker

Łukasz “Boczo” Tomanek, www.scigacz.pl

Wychodzisz z winkla, który w całości pokryty jest gumą z BMW E36, aby za chwilę wejść w winkiel w całości pokryty piachem. A to wszystko w miejscu wielkości niewielkiego marketu, gdzie nigdy nie zapniesz trzeciego biegu. Witamy na torze Wyrazów

Spójrzmy prawdzie w jej przekrwione, brutalne, bezlitosne ślepia. To ostatnie podrygi lata. Fakt ten trzeba wykorzystać do cna. Tak aby siedząc zimą (która biorąc pod uwagę fikuśność naszego klimatu może nadejść za dwa tygodnie) nie użalać się nad sobą, że nie wyssało się z sezonu motocyklowego 100%. Nasze długodystansowe Suzuki GSX1250FA mogliśmy zabrać na tor Poznań, ale to byłoby zbyt banalne i oczywiste. Tak więc kiedy nadszedł weekend, gdy luksusowe prostytutki podesłane przez BMW poszły już do domu, pojawił się pomysł, aby dogorywające w sposób powolny aczkolwiek nieunikniony lato dopełnić wypadem na tor w Wyrazowie – prawdopodobnie najbardziej przerażający tor w kraju.

Wyra co?

Wyrazów to niezwykle mała miejscowość na południu Polski, pod Częstochową. Jest tak mała, że nawet nie ma jej na Polskiej Wikipedii. Z innych niezawodnych, internetowych źródeł dowiadujemy się jej populacja wynosi 639 osób. To dokładnie tyle, ile osób w momencie czytania tego zdania projektuje kanapę do kolejnej generacji Hondy Goldwing. Prawdę mówiąc, Wyrazów jest tym, co pojawia się w ludzkim umyśle na dźwięk słowa „wieś”. Nie ma tu co prawda kur biegających po jezdni i stoisk z kwasem chlebowym, ale chyba każdy ma właściwe wyobrażenie. Łatwo zagapić się i minąć tą niewielką mieścinę krajową 46-tką. Ale po kolei. Ruszamy z Tarnowskich Gór w stronę Lublińca. Droga przez Jawornicę, Kochanowice, Lisów i Boronów jest wręcz idealna, aby sprawdzić jakość zawieszenia w turystycznym enduraku. Ku mojemu zdziwieniu, GSX zapakowany w kierowcę i fotografa bardzo poprawnie sunie po wszystkim, co kiedyś było asfaltem. Po minięciu tabliczki z napisem „Wyrazów” z niewielkiego wzniesienia widać tor, a na nim kilka driftujących w kłębach dymu samochodów i tyle samo lawet. Będzie ciekawie…

Dla każdego coś dobrego

Lovtza po zobaczeniu kilku zdjęć toru w Internecie stwierdził „on nawet z satelity wygląda koszmarnie”. W rzeczywistości tor jest rewelacyjny. Zadbany, czysty, schludny i ekscytujący. To niestety kłamstwo. To jedno z najbardziej przerażających miejsc, w jakich byłem i wolałbym spędzać wigilię na litewskiej stacji benzynowej, niż spędzać tam wolny czas. Pod naszą publikacją na temat miejsc do jazdy motocyklem pytaliście, czemu nie w niej Wyrazowa. Teraz już wiecie dlaczego. Po kilkuset metrach żwiru i piachu wjeżdżamy na coś, co gorliwy optymista nazwie paddockiem, a co faktycznie jest wylewką bitumiczną przystrojoną plastikowymi butelkami. Całkiem spory ruch. Na torze szaleje stare BMW serii 5, którego dźwięk niepokojąco przypomina mocarne V8. Na „paddocku” kilka lawet z wozami do driftu i zapasem opon na grzbiecie. Grubo. Obok kilku gości ładuje do vana Kawasaki ZX9R. Jego właściciel rozmawia przez telefon i mówi „Ku**a! Wyj****em się!”. Tak, chyba wyglebił. Zdecydowanie rządzą tutaj tylnonapędowe Beemy. Jeżdżone mniej lub bardziej profesjonalnie, ale Beemy. Dosłownie kilka metrów od toru jest tartak i mnóstwo podjazdów, hopek i piachu. Mini-raj dla endurowców. Szalejący drifter zjechał na parking i tor się zwolnił. Dobrze, sprawdźmy czy GSX sprawdzi się na torze i dlaczego nie.

Śmierci w oczy

Wyjeżdżam na tor. Nie powinienem był tego robić. Powinienem był zostać w domu, oglądać „Jak poznałem waszą matkę” i pić herbatę miętową z cytryną. Stan nawierzchni toru jako tragiczny określiliby pustelnicy z najdalszych zakątków Mongolii. Nierówności, dziury, pęknięcia, piach, żwir, pozostałości gumy. Jest tutaj wszystko. Drifterzy często przyjeżdżają ze swoją miotłą (serio) i zamiatają tor przed treningiem, ale podobno dzieciaki lubią tam palić gumę swoimi skuterami na trawie i piasku, przenosząc całą wykopaną faunę i florę na tor. Podsumujmy więc. Skuterowcy palą swoje kapcie na trawie sypiąc na tor, drifterzy przyjeżdżają, zamiatają, po czym nanoszą ogumienie swoich E36 na każdy centymetr kwadratowy asfaltu. To tworzy niezbyt przyjazne środowisko dla motocykli. Pierwsze okrążenia to tak naprawdę próba pozostania żywym. Tor jest bardzo mały i diabelnie kręty. Najdłuższa „prosta” ma nie chyba więcej niż 25m. Tworzy to trochę paradoksalną sytuację. Cały tor składa się z samych zakrętów, stąd też cały czas jedzie się w złożeniu, przerzucając jedynie motocykl z jednego winkla w drugi.

No właśnie motocykl. Jeśli myślisz „tor” z całą pewnością Suzuki GSX1250FA nie jest pierwszym skojarzeniem. Szybka turystyka? Jak najbardziej. Przeloty miastem na zakupy? Jasne. Ale miniaturowy, dziki tor? Głównym „nie” w przypadku Suzuki jest jego masa, ponad ćwierć tony. To tak, jakby kazać krowie pokonać labirynt dla myszy laboratoryjnej. Do tego dochodzi dość długi rozstaw osi i niski środek ciężkości, cechy które w trasie są wręcz wskazane, ale w miejscu, w którym zmiana kierunku trwa cały czas, niezbyt. Do tego dochodzą drobiazgi, czyli nadal nieco zbyt miękkie przednie zawieszenie i hamulce, które po ostrym traktowaniu zaczęły tracić na swojej skuteczności i dozowalności. Nasz egzemplarz testowy miał kolosalny fabryczny wydech, który zwyczajnie kastruje możliwości mocarnego silnika. To powoduje, że moment obrotowy, którego GSX ma całe połacie, jest na smyczy do mniej więcej 4000 obr/min. W trasie czy mieście trudno na to zwrócić uwagę, ale tutaj, gdzie przed zakrętem bardzo intensywnie hamujesz, aby nie wygarnąć kozła na rozsmarowanej oponie, a później chcesz jak najszybciej opuścić zakręt z najniższych obrotów, jest to zauważalne.

No risk no fun

Podobno w czasach swojej młodości przyjeżdżał tu sam Robert Kubica aby trenować na gokarcie. Jeśli tak, to nie dziwi mnie, dlaczego jest teraz jednym z najlepszych kierowców na świecie. Skoro nie zabił się tutaj, to nie zaskoczy go już nic. To wszystko może brzmieć jak litania żałości kogoś, kto właśnie zrobił coś umiarkowanie niebezpiecznego, a teraz koloryzuje na maksa, aby dziewczyny chciały go przytulić. To nie tak. Tor Wyrazów jest naprawdę upiornym miejscem. Dowód? Jest jeden zakręt, który ambitnie nazwałem „Piaskownica”.  Odsyłam do zdjęcia zamieszczonego obok. Wszystko jest w porządku, jedziesz rozpędzony z krótkiej prostej, aby nagle wpaść w zakręt, którego apeks w 70% składa się z piasku. Zahamujesz – zginiesz, dodasz gazu – tylne koło natychmiast ucieknie i zginiesz. Półtonowe Suzuki w takich sytuacjach (czyt. w dramatycznie wąskich zakrętach z piachem, w które wjeżdża się z niezbyt małą prędkością) daje bardzo, ale to bardzo mało możliwości na właściwe zareagowanie i korektę.

Jestem hard-torem!

Jeżdżąc po torze, a także już wdomu po wieczornej modlitwie, zastanawiałem się, jakim motocyklem śmigałoby się tam najskuteczniej. Wielce prawdopodobne, że sprawdziłby się tu małolitrażowy supermociak. W całej swojej grozie i przerażeniu jakie generuje, tor w Wyrazowie ma jedną poważną zaletę. Zmusza do wysiłku we wszystkich jego sferach. Fizycznej, psychicznej i emocjonalnej. Aby nie zatrzymać się i nie zacząć płakać. Owszem, to tor zaniedbany do granic możliwości i zdeflorowany przez wszelkiej maści drifterów w tylnonapędówkach z początku lat 90-tych. Ale nadal jest to zbiorowisko zakrętów, na których można trenować. Rzecz jasna na levelu extra-hard.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Destination: Złoty Potok

Łukasz “Boczo” Tomanek, www.scigacz.pl

Miałem kiedyś dużego Bandita. Uwielbiałem tą paliwożerną, toporną bestię. Przez trzy lata chłodzony olejem i powietrzem był dla mnie jak Max dla Sama. Był wielki, jeździł, jeździł i nie chciał zawieść. Jako wyznawca ideologii „jeśli Bandzior to tylko stary” cały czas jednak zastanawiałem się, jak jeżdżą nowe modele na wtrysku. I stało się. Po długim czasie GSX1250FA stanął w moim garażu jako motocykl długodystansowy. „FA” oznacza nic innego jak „Far Away” czyli w wolnym tłumaczeniu „w siną dal”. I dokładnie to miałem zamiar uczynić.

Złoty Potok to bardzo popularna miejscowość agro-turystyczna na południu Polski. Jeśli akurat jest ciepło i słonecznie, a do tego trwa weekend albo jakieś święto, Złoty Potok przeżywa małe oblężenie. W weekend nie było upału. W weekend na zewnątrz panował, i nie można tego określić innymi słowami, piekarnik. Mnie osobiście w Złotym Potoku bardziej od samego potoku i setek rodzin z wrzeszczącymi dzieciakami bardziej interesuje słynna Golden Highway (tak, sam właśnie wymyśliłem tą nazwę). To kręta wstęga asfaltu będąca główną arterią miejscowości, którą miałem nadzieje dobitnie objechać GSXem, bo mój Boże, to tak naprawdę bardzo wygodna, tańsza Hayabusa. Drogi za Koziegłowami w stronę Żarek są dość przykre i beznadziejne. I tutaj pierwsze zaskoczenie. Stare Bandity miały zawieszenia o konstrukcji równie skomplikowanej jak kalafior. I działały podobnie jak on. 1250FA to ogromny krok naprzód. Nie dość, że zawias daje doskonały feedback i pozwala na naprawdę dynamiczne pałowanie, to chłonie nierówności bezbłędnie. Przecież to budżetowy sport-turystyk. Jak oni to zrobili?

Na tym motocyklu zasada jest prosta. Zapnij szóstkę i nie zmieniaj jej cały dzień. Silnik jest potęgą i niekwestionowanym królem elastyczności. Elastyczność silników motocyklowych to takie moje małe zboczenie. Jeździłem motocyklami, które naukowcy nazwali by „elastycznymi jak jasna cholera”. B-King, V-Max, nowe sześciocylindrowe Beemki, wszystkie Big Bike’i z końca lat 90tych. GSX1250FA zdaje się być lepszy od tego całego grona. Odkręcasz manetkę, a sprzęt robi „ziuuuuuuu”, po czym jesteś w zupełnie innym miejscu, z dwoma paczkami na prędkościomierzu. Genialne. Co więcej, Suza wkręca się na obroty o wiele szybciej, niż stare olejaki. Jak po jedwabistej apaszce dojeżdżam, dość szybko, do Złotego Potoku, sącząc bokiem ust strużkę śliny na myśl krętej drogi na rożnych poziomach. Ale zaraz chwileczkę? Czy na pewno dojechałem do Złotego Potoku – samego serca wiejskiego, sielankowego krajobrazu, czy to może Puławska po godzinie 16stej? Redukcja do pierwszego (!) biegu i jazda z prędkością 7 km/h jest daleka od mojego wyobrażenia na temat motocyklowego weekendu. Takie tempo trwa przez dokładnie cały odcinek Golden Highway. Widzę ludzi usiłujących zaparkować w drzewach, ludzi, który już tam zaparkowali, a teraz nie potrafią się wydostać, ludzi, który jakimś cudem znaleźli miejsce dla swoich Land Roverów, a teraz byczą się na przepastnych kocach nad wodą, tuż obok 50 innych ludzi, którzy robią dokładnie to samo. Czy tak ma wyglądać wypoczynek?

Skoro nie zaznałem satysfakcji tutaj, postanawiam poszlajać się nieco głębiej. Mijam Janów i zaczynam tourne po malutkich miejscowościach o dziwnych nazwach. Zdecydowanie najciekawszą jest Śmiertny Dąb. Nazwa przeraża, prawda? Cóż, powinna, bowiem wiąże się z nią dość dramatyczna historia. W czasie Powstania Styczniowego Rosjanie powiesili kilku powstańców na starym, przydrożnym dębie. Jak dziwnie musi być mieszkać w miejscowości o takiej nazwie i takiej jej historii. Dlatego też populacja Śmiertnego Dębu wynosi 87 osób. Zapuszczam się coraz dalej przez Przyrów, Świętą Annę, Raczkowice i dalej w górę, aż do rozjazdu w Ciężkowicach, gdzie odbijam w lewo na Częstochowę. Dochodzi wieczór, pogoda zaczyna się zmieniać. Na niebie tworzy się szaro-przykra kotłowanina, która nie zwiastuje nic dobrego. Pojawia się potężny wiatr, a wraz z nim ujawnia się kolejna zaleta GSXa – niebywała stabilność. Owszem, trochę mną trzepoce, ale spróbujcie jechać np. Yamahą Tenere 660 z prędkością 160 km/h przy takim wietrze. Gwarantuje, że zamkniecie oponę jadąc na wprost.

Godzina 19:20. Niebo zaczyna być naprawdę straszne. W takich sytuacjach przydaje się 108 Nm przy 3700 obr/min. Co ciekawe, GSX wcale nie musi być jeżdżony jak dżentelmeński, pracujący wyłącznie dołem motocykl o wyrafinowanych manierach. Zabawa wskakuje na zupełnie nowy poziom, kiedy zdecydujesz, że odpowiednią prędkością obrotową do zmiany biegu będzie 10 tysięcy. Na rondzie w Piasku odbijam w lewo na Tarnowskie Góry, ale w prawo dojedzie się Boronowa. A stamtąd do Konopisk, a potem jest już prosta droga do Wyrazowa i najbardziej przerażającego toru wyścigowego w tej części Kraju. GSX już się cieszy.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Praskie randez-vous

Bałkańsko-grecki wypad był jeszcze bardzo żywy i powracał w opowieściach pośród znajomych. Ale zostało mi kilka dni wolnego, których nie chciałem spędzić żyjąc jedynie wspomnieniami. Spontaniczna decyzja zapadła bardzo szybko – randka z Qwestem w Pradze. Pakowanie zajęło nam chwilę. Ja zabrałem minimum rzeczy, on tylko pokrowiec.

Kierunek „Praha”

Bez wielkich emocji doczołgałem się do przejścia Kudowa-Nachod. Mam tu na myśli pozytywne przeżycia. Po ścieżkach, które przecieraliśmy wcześniej trudno zachwycać się czymkolwiek. Poza tym z trasy najbardziej utkwiło mi wyprzedzanie tirów, których dyktatura masy i gabarytów zmusza wszystkich do poruszania się z prędkością żółwia. Na terenie Czech zrobiło się luźniej, a od Hradec Kralove była już autostrada. Nudna jak codzienna zupa mleczna na śniadanie, ale tym razem chodziło mi o dotarcie do Pragi, a nie delektowanie się widokami.

Przejściowe rozstanie

W samej Pradze skierowałem się w stronę centrum. Zatrzymałem się w dzielnicy Vinohrady, bo wcześniej obiło mi się o uszy, że można tam znaleźć przyzwoity pokój w pobliżu Starego Miasta. Udało się za pierwszym strzałem, ale recepcjonistka nigdzie nie mogła znaleźć na tę chwilę miejsca parkingowego. Pod hotelem nie mogłem i nie chciałem zresztą zostawiać motocykla. Skierowała mnie do Centrum Kongresowego na parking strzeżony. Powrót zaliczyłem z buta, choć mogłem metrem. I tak się rozstaliśmy z Bobem na kilka dni. Qwesta oczywiście zabrałem ze sobą, ale później wybrał leżenie w hotelu. W sumie dobrze. W takich aglomeracjach ludzie różnie i bardzo dziwnie się ubierają, chcąc jakoś się wyróżnić z tłumu i zaistnieć. Nikt też za bardzo nie zwraca uwagi na barwy indywidualizmu. Ale chodzenie w kasku na głowie byłoby już lekką przesadą. A noszenie go ze sobą snobizmem. Pewnie co chwilę chciałby zdjęcie, a ja o każde i tak musiałem się prosić przechodniów.

Praga wzdłuż i wszerz

90h musiało mi wystarczyć, by zasmakować stolicy Czech. Praga jest chyba najmniej czeskim miastem w tym kraju. Z każdą godziną ubywało mojego pobłażliwego stosunku względem Czechów. Już nigdy nie nazwę ich „pepikami” ani „knedlami”. Język wprawdzie mają zabawny, ale poza tym „pełen szacun” się im należy. W Pradze życie kulturalne wręcz buzuje. Praktycznie wszędzie dostać się można metrem bądź tramwajem. Hektary zabytków i zaułków z klimatem. Także zwiedzałem Pragę horyzontalnie, co chwilę karmiąc oczy czymś ciekawym. Spacerowałem także wertykalnie – od wieży widokowej na „Malej Stranie”, poprzez fenomenalne ogrody, aż po kultowe praskie piwnice pełne gwaru, dymu papierosów i piwa. W jednej z nich poznałem studentów z Czech i Francji. Wspólne biesiadowanie nie miałoby końca, gdyby nie barmani. Jeden z nich zaległ przy nas, a drugi nad ranem chciał już wracać do domu.

W międzyczasie zaliczyłem jeszcze kilka podobnych miejsc, m.in. „U Kalicha”, gdzie miał bywać literacki wojak Szwejk. Ale najbardziej wciągnęła mnie piwnica „U Hrocha”. Z przewodnika dowiedziałem się, że ta knajpa jako jedyna w Pradze oparła się komercji. Musiałem więc ją zobaczyć. Przeżyłem szok! Dwie ciasne klitki wypełnione po brzegi ludźmi. Na pierwszy rzut oka – gdy już wzrok złapał ostrość w kłębach dymu – zero turystów, czyli bardzo swojsko. Gwar, pobrzękiwanie kufli i autentyczna atmosfera piwiarni. Ściany brudne, posadzka surowa, ławy stare i solidne. Żadnego wysłodzonego plastiku pod turystów. Tam było życie! Barman pomógł mi znaleźć miejsce obok kilku mężczyzn. Wcisnąłem się bardzo chętnie. Po wspólnym kufelku gadaliśmy już jak starzy znajomi. Nie omieszkali wypomnieć mi udziału Polaków w stłumieniu „Praskiej Wiosny”, ale potem było już bardzo wesoło. Tej knajpy nie udało mi się jednak zamknąć. Ona zrobiła to ze mną.

Bob oczarowany Niemkami

Ostatniego dnia przed południem z podręcznym bagażem i Qwestem wsiadłem do metra, by dotrzeć do Street Boba. Z wielką niechęcią opuszczaliśmy Pragę. Qwest zamierza tam wrócić i trochę więcej zwiedzić. Bob strzelił focha, bo mógł jedynie poflirtować z nową piątką na parkingu. Ona z Bawarii, on zza oceanu, ale się dogadali. Jednak jak zobaczył na zdjęciu X6 w karbonie, to do dzisiaj nie może mi zapomnieć, że go nie zabrałem na lans po mieście.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Sześciocylindrowa pieśń rozkoszy – BMW K1600GT

Łukasz “Boczo” Tomanek

www.scigacz.pl

Na ten dzień czekałem bardzo długo. Po wielu miesiącach podniecania się zdjęciami i filmami w Internecie (źle to zabrzmiało, prawda?) w końcu dorwałem się do świeżutkiego BMW K1600GT. Mój Boże, ależ ono jest eksplozywnie-fenomenalne! (NIE, nikt nie zapłacił mi za napisanie tego zdania). 

Wszyscy mówili, że nowy statek flagowy Bawarczyków mimo gabarytów koparki jeździ po zakrętach jak szalony. Śląsk jest miejscem gdzie zakręty są zjawiskiem egzotycznym, lub występują jedynie z górnikami wystającymi z ich apeksu. Co stwarza pewien problem. Najbliższe (sensowne) zakręty są przed Koszęcinem. Cztero kilometrowa wstęga wije się przez las, nawierzchnia jest doskonała i co chwile mijam jakiegoś motocyklistę usiłującego zejść na kolano. Dla zbyt odważnych – drzewo i kostnica. Po motocyklu takiego litrażu spodziewałbym się prowadzenia nazwijmy to dramatycznego. Ujmujmy to tak: jeśli na co dzień fruwasz ścigaczem, ale chcesz w czasie jazdy słuchać sobie radia i nadal ciąć zakręty na dziko, K1600GT będzie rozwiązaniem idealnym. Ten nad-turystyk skręca w sposób, który do tej pory był zarezerwowany dla spartańskich plastików. Szwędam się po zamiejskich drogach kilka godzin i nie mam ochoty zsiadać z motocykla. To przyjemność na zupełnie innym poziomie, kiedy mogę wyprzedzić wszystko, co jest aktualnie na drodze, przerzucać sprzęt na winklach jakby był zrobiony z powietrza i w międzyczasie słuchać AC/CD ze stereo.

Byłoby wręcz nietaktem nie wybrać się GTkiem na autostradę. Mimo tego, że jazdę autostradą uważam osobiście za czynność nudniejszą od obserwacji wzrostu włosów, kusi mnie troszeczkę wizja odkręcenia w opór. Zanim GT uderzy w A4, jedzie się rozgrzać na S1 i drogi okalające lotnisko w Pyrzowicach. Wszystkie dziurawe drogi w wioskach przed i za Pyrzowicami są literalnie połykane. Na S1 widzę kilkunastu motocyklistów na sportach, którzy szykują się na parkingu na sprawdzanie prędkości maksymalnych swoich plastików. Na pogoń kilku z nich za mną nie muszę długo czekać. Oj jakie ich dopada zaskoczenie, kiedy widzą sześć otworów w układzie wydechowym. Dalej kierunek Opole i A4 w stronę Wrocławia. Nienawidzę tej autostrady, szczerze. Jest nudna i zbyt prosta. Teraz jednak mam to gdzieś, bo cały organizm jest pieszczony jedwabistą pracą rzędowej szóstki, jej monstrualnym momentem obrotowym i 160cioma argumentami przeciw sportowym narzędziom tortur. Przyznam się bez bicia, wymaksowałem Beemkę i przy tej prędkości zachowywała się jak rdzenna Brytyjka na herbacianym przyjęciu. Radio przy prędkościach mandatowych jest gorzej słyszalne niż w Goldwingu, ale nie jest to jakiś tragiczny problem.

Po czasie, którego nie mogę upublicznić dojeżdżam do Wrocławia. Wspaniałe miasto. Zatłoczone, ale jednak mądre, piękne i sensowne. W Warszawie jadąc w ruchu ulicznych chcesz kogoś zamordować. We Wrocławiu co najwyżej kogoś pozdrowić z uśmiechem na twarzy. Korzystając z okazji, jadę odwiedzić kumpelę z wakacji. Szalona dziewczyna od razu domaga się przejażdżki. Jest zachwycona. Chcąc wyjść na twardą, trzyma się uchwytów pod jej siedziskiem. Ale przy gwałtownym uwolnieniu lawiny niutonometrów przytula się jak miś koala do eukaliptusa. Panie, pobłogosław mocne motocykle. Beemka nie jest bez wad. Nie do końca podoba mi się jej kokpit. Jest zbyt srebrny i niemiecki. Z kolei skrzynia biegów jest tak samo delikatna jak depilacja woskowa. Jestem w stanie to jednak puścić w niepamięć, ponieważ to, co potrafi rzędowa szóstka, jest wstrząsające. Drugi bieg, 80 km/h. Odkręcasz gaz do końca. Po JEDNEJ SEKUNDZIE motocykl jedzie 130 km/h. Prędkość wzrosła o 50 km/h w JEDNĄ SEKUNDĘ. Sprawdzałem to wielokrotnie. Do tego ten ryk. Kiedy sterylny, niemiecki obrotomierz wskazuje 8000 obr/min silnik brzmi jak szczytujący dinozaur. Co jest może dość niepokojącą metaforą…

Plotki w świecie głoszą, że ma powstać naked z tym piecem, co jest trochę głupie. Ponieważ oznacza to, że targetem BMW są samobójcy, ludzie-kule armatnie i wszyscy, którzy w szpitalu proszą o dokręcenie Red Bulla do kroplówki. Skoro Hondzie się to nie udało, to może niemcy spróbują?

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz