Łukasz “Boczo” Tomanek
www.scigacz.pl
Dobry sezon? Nie, ten sezon był genialny. Oczywiście słowo „genialny” wypowiedziane przez dziennikarza motoryzacyjnego oznacza, że nie miał on czasu dosłownie na nic, spał w różnych dziwnych miejscach, w jego żyłach płynął Red Bull i jadł w czasie jazdy motocyklem (tak, sprawdzałem).
Zaczęło się w kwietniu, podczas jednej z setek tras z południa do Wawy. To była prawdopodobnie najbardziej nieprzyjemna, okrutna, przerażająca i paskudna podróż motocyklem w moim życiu. Temperatura w krytycznym momencie wynosiła 2 stopnie Celsjusza, padał deszcz, a wiar, który wtedy wiał spotyka się zazwyczaj na szczycie Rys. Po raz pierwszy w życiu miałem problemy z utrzymaniem ćwierćtonowego motocykla w prostej linii. Później było jeszcze gorzej z powodu, jak zapewne wszyscy pamiętają, majowych opadów śniegu. Jestem najpunktualniejszym człowiekiem na świecie, a każdy ewentualny problem w dotrzymaniu terminu jest dla mnie jak tortura, więc możecie sobie wyobrazić, jak wspaniale było, kiedy w garażu miałem testówkę, zwrot za 2 dni, a za oknem 10 cm śniegu i -4 stopnie.
Później było już lepiej, pogoda się poprawiła, a ja zostałem bezczelnie wsyśnięty w świat dużego GS’a. Już nawet nie będę nic o nim pisał, bo antyfani znów będą skandować mi pod domem z podobizną mojej głowy nabitą na bosak. Do GSa wrócimy w sierpniu, ale o tym za chwilę. Pod koniec maja miałem okazje przekonać się, jak makabrycznie brutalny dla kierowcy w trasie potrafi być Harley-Davidson. Niestety nie dostałem Elektry ani nawet Road Kinga, ale Street Boba. Tak, tego z końskim siodłem, przeznaczonego do lansu pod knajpą. Uwielbiam jeździć motocyklem i mogę robić to godzinami, wręcz dniami, ale wtedy zwyczajnie chciałem aby ten bolesny spektakl się skończył. Tydzień później rozpoczął się cykl imprez motocyklowych na stacjach BP, dlatego też wydelegowałem się do Krakowa. Też Harleyem, ale tym razem V-Rodem Muscle. Oooo tak. Zdecydowanie lepiej. Nie mówcie nikomu, ale wolał bym tego żylastego Harusa niż V-Maxa. Po pierwsze dlatego, że nie pali 80 litrów na setkę, nie pali sprzęgła po każdym ruszeniu spod świateł, moim zdaniem wygląda lepiej, brzmi lepiej, a jeśli ktoś mówi, że przyspiesza kiepsko, to jest wariatem. Nie mam pojęcia, dlaczego ludzie tak niepochlebnie wyrażają się na temat krajowej 94-ki. Bardzo fajna trasa, która wije się przez przeróżne krajobrazy i miejsca. Kolejny tydzień później Motocyklowa Niedziela BP zawitała do Wrocławia. Uwielbiam Wrocław i uważam, że to najlepsza i najpiękniejsza z Polskich metropolii. Niestety, wtedy jechałem tam A4 – najnudniejszą drogą znaną rasie ludzkiej. A żeby było jeszcze gorzej – jechałem tam najnudniejszym motocyklem znanym rasie ludzkiej, XJ6 Diversion F. Mój Boże. Jeśli Jane Austin byłaby motocyklem, to właśnie tym. Jazda tym sprzętem, przez trzy godziny, po prostej drodze jest wstanie uśpić. W sierpniu po raz kolejny dorwałem się GS, tym razem w wersji Adventure. Jestem dość pokaźną konsystencją człowieka, ale przy tym kolosie czułem się jak Timon przy Pumbie. Wracając ze Stolicy do domu złapała mnie najbardziej przerażająca burza w moim życiu. Krajowa 8-mka w tym sezonie była bagnetem posypanym solą i zatopionym w szyjach wszystkich zmotoryzowanych. Wiele kilometrów niczego poza robotami drogowymi i smutnymi obibokami, którzy maxują skilla w Makao w swoich budach. Koszmar. I korek. A w środku niego ja, przemoczony do cna, z tytanowymi śrubami w udzie, na motocyklu wielkości Royal Albert Hall, którym, no cóż, nie można przeciskać się w korkach. Kilka dni później pogoda się poprawiła, nastały upały, więc zabrałem Butterbeana w góry zobaczyć jak fruwa po zakrętach. Przełęcz Salmopolska idealnie się do tego nadawała. Jest tam strasznie wąsko i ekscytująco, ale ESA II w trybie sport pozwala mi przytrzeć kufry na winklach. To był udany dzień.
Mniej więcej w połowie sierpnia zorganizowaliśmy dla Ścigacz.pl porównanie nowego i starego V-Maxa. Co oznaczało, że nowego musiałem przywieźć z Warszawy na Śląsk. W deszczu. Dobra, polerowani prezesi, którzy mają V-Maxa, mówią, że jest super i w ogóle. Pewno, ale nie jeżdżą nimi w temperaturze niższej niż 25 stopni i błękitnym niebie. Kiedy leje i jest 10 stopni, z V-Maxem jest trochę gorzej. Czemu nie daliście mu kontroli trakcji?! Każdy, nawet najmniejszy ruch manetki, który będą w stanie zauważyć jedynie mikrobiolodzy, powoduje tanieć kupra. Co więcej, V-Max w momencie, kiedy stoi w garażu pali jakieś 8 litrów na setkę. Kiedy nie stoi, pali 24 litry na setkę. No dobra, przemieszcza śledzionę w miejsce, gdzie Pan Bóg zaplanował krtań, a małe dzieci się go boją, ale co z tego?
Późnym wrześniem porównywaliśmy F800GS z 20 letnią Super Tenere 750, aby udowodnić, że rozklekotany endurak potrafi to samo, co koń pachnący salonem. I udowodniliśmy. Ale fakt faktem, zawieszenie w Beemie jest po prostu słodkie. Przyłapywałem się na przejeżdżaniu ledwo utwardzonych dróg, z koleinami wielkości skoczni narciarskiej z prędkościami rzędu 180 km/h (dodam, że drogi te były umiejscowione pod Berlinem) i jestem pewien, że w tym samym czasie mógłbym na zbiorniku paliwa przeprowadzać operację oka.
Podczas gdy wszyscy w białych kombinezonach jadą do Poznania, my wybraliśmy się na nieco mniejszy obiekt – tor Wyrazów (na blogu jest obszerna relacja). W przypływie geniuszu wpadłem na pomysł, jakby to było pojeździć 260 kilogramowym motocyklem najstraszniejszej nawierzchni torowej w Polsce. Supermociak albo jakaś 125tka owszem, ale Duży Bandzior?
Najlepszy motocykl tego sezonu? Oczywiście, BMW K1600GT. Tak, wiem, zapłacili mi za napisanie tego, jestem nierzetelnym błaznem i tak naprawdę to ja wydałem książkę Kingi Rusin. Beema to coś jakby trochę z innej planety. Wyprzedza wszystko co obecnie jest na rynku, wszystkie jej elementy współgrają w jedwabnej harmonii, przyspiesza tak, że aż trudno w to uwierzyć i ma radio, które gra lepiej jak cały Media Markt.
Podsumowując, z pewnego punktu widzenia ten sezon był wspaniały. Nie pojechałem co prawda polatać po zakrętach w południowej Francji ani nie dostałem zawału serca omijając łosia w Szwecji, ale przytarłem kufry w GSie, jadłem hot doga w czasie jazdy na tempomacie, prawie rozbiłem małżeństwo Street Bobem i wracałem wieczorem autostradą do domu z „Kickstart my heart” płynącym z głośników. Tak, to był udany sezon.
Qwest? Szczerze mówiąc, zaskoczył mnie. Nie sądziłem, że integrala da się używać w turystyce, a jednak się da. Jest na tyle lekki, że czerep po wielogodzinnej jeździe nie chce odpaść i na tyle fajny, że nie ma wstydu kiedy przywdziewasz go do jakiegoś gangsterskiego cruisera. Jest na tyle cichy, że wiatr nie doprowadza cię do szału, ale przepuszcza do uszu najlepszą muzykę głośnych, akcesoryjnych wydechów i ma świetną wentylację. Krótko mówiąc, warto go kupić. Koniecznie w czarnym macie, bo wygląda kozacko!



























































